Polecamy wywiad z Andrzejem Paradowskim, właścicielem najstarszej cukierni / piekarni we Wrzeszczu, który w zeszłym roku przeprowadziła Katarzyna Korczak.
Trzy pokolenia
Cukiernia „Paradowski” przy ul. Wajdeloty 11 we Wrzeszczu jest najstarsza w Gdańsku. Założył ją w kwietniu 1945 roku, a więc jeszcze w czasie działań wojennych, Stefan Paradowski. Schedę po ojcu, który przeszedł na emeryturę, przejął w 1984 roku syn, Andrzej Paradowski.
Któż nie zna tego zakładu? Babeczki śmietankowe, keks, torty, torciki bezowe, napoleonki i wszelkiego typu różności cieszą się na co dzień i od święta wielkim popytem.
Cisza przed pieczeniem
Obok wyrobów wypróbowanych od lat, sporządzanych według starych receptur, co chwila pojawia coś nowego. Wszystko to – robione prawie wyłącznie ręcznie – nie da się porównać z masową produkcją wyrobów oferowanych w wielkich sklepach.
- Staramy się być niepowtarzalni – mówi Andrzej Paradowski. – Robimy to, co zamówi klient, na przykład tort w kształcie książki, serca, okrętu wojennego, z okolicznościowymi zdobieniami i napisami.
Najpierw trzeba mieć w ręku rzemieślniczy fach, a później można przekuć wyrób cukierniczy w dzieło pod warunkiem, że się umiejętności, talent, ma. Tym artystą nadającym słodkościom nie tylko dobry smak, ale i piękny wygląd, jest pan Andrzej.
Odwiedziliśmy zakład w środę po południu przed Tłustym Czwartkiem. Przedwojenna, odrestaurowana kamienica, również wewnątrz zachowała dawny wygląd. Na półkach w koszyczkach usmażone – już na czwartek - w ciągu dnia faworki. One mogą nieco poczekać, bo zachowują kruchość.
- Teraz jest cisza, nie pieczemy nic, zbieramy ostatnie zamówienia na pączki i faworki – mówi zaaferowany Andrzej Paradowski, który co chwila odbiera telefon, wydaje ostatnie dyspozycje. - O godzinie 24 cała załoga wraz z rodzinami stanie do pracy, żeby na rano do sklepu trafiły cieplutkie pączki.
Święto gości
Zamówiony towar Paradowscy zawozić będą na określoną godzinę pod wskazany adres. Piec, a właściwie smażyć w głębokim tłuszczu, będzie się na bieżąco, aby zaspokoić potrzeby odbiorców. Wśród klientów są publiczne osoby i znane firmy, właściciel nie chce jednak nazwisk i szczegółów zdradzać.
- W tym dniu każdy klient jest dla nas najważniejszy, staramy się o niego w różny sposób – mówi Andrzej Paradowski. – Działamy w myśl hasła Sana Waltona: „Jest tylko jeden szef – klient. On może zwolnić każdego w firmie od prezesa w dół, wydając swoje pieniądze gdzieś indziej”.
Mówi się, ze Tłusty Czwartek to święto cukiernicze, a skoro tak, to Paradowscy czynią wszystko, aby podjąć gości jak najlepszym – naprawdę świątecznym - pączkiem. Żeby poczuli, że to ich święto i żeby zachodzili tu jak najczęściej.
Amatorami wyrobów od Paradowskich są nie tylko gdańszczanie, ale i warszawiacy. Ciasta z ulicy Wajdeloty wysyłane są do Paryża, Londynu i Stanów Zjednoczonych.
Oczywiście wszystkie produkty zakupiono i zgromadzono dużo wcześniej. W magazynach mąka, smalec, cukier, jaja, drożdże. Wchodzimy do pomieszczeń produkcyjnych, które wyglądają bardzo tradycyjnie, nie widać nowoczesnych urządzeń. W kadziach przygotowane nadzienia do pączków: tradycyjny dżem, nadzienie z róży, masa z adwokata i in.
Jak za dawnych lat
- To nie jest fabryka – mówi Andrzej Paradowski. – Tylko pierwszy etap – mieszanie produktów – wykonują maszyny. Właściwe wyrabianie ciasta odbywa się ręcznie na stole. Oprócz surowców – w wyroby wkładamy uczucia.
Maszyna – dzielarka – surowe ciasto dzieli na porcje, ręcznie się pączki nadziewa i wrzuca do wrzącego w prostokątnych patelniach tłuszczu. Po odsączeniu idą na paletę i trafiają prosto do sklepu, albo wiezione są do klienta.
Jest jedna zabytkowa maszyna z początku ubiegłego wieku – ubijaczka – firmy Brema Verg, która pozostała po przedwojennych niemieckich właścicielach. Do dziś oddaje nieocenione usługi przy ubijaniu jaj.
- Ona ma duszę – mówi właściciel. - Wielka szkoda, że nikt takich urządzeń nie produkuje. Nie da się jej zastąpić żadnym innych urządzeniem.
Do pieczenia o północy przystąpili, jak co roku, z załogą, właściciele: Andrzej i Maria Paradowscy oraz trójka ich dzieci – Ania i Paweł, studenci oraz Michał, uczeń klasy maturalnej. Czwarta córka, Ola, kończy pracę magisterską z historii sztuki i wyjątkowo spędziła ten czas przy komputerze.
Piękne warszawskie tradycje
Bracia Wacław i Stefan Paradowscy urodzili się i wychowali w Warszawie. Stefan był pierwszym cukiernikiem w legendarnej Cukierni „Ziemiańskiej” przy ul. Mazowieckiej 12. Zakład miał filie porozrzucane po całej Stolicy. Bywali w lokalach: Witold Gombrowicz, Jerzy Andrzejewski, Stanisław Ignacy Witkiewicz. Przy oddzielnym stoliku siadywali: Julian Tuwim, Antoni Słonimski, Kazimierz Wierzyński, Jan Lechoń. Po Powstaniu Warszawskim Stolica legła w gruzach. Zniszczony był także zakład i cukiernia „Ziemiańska”. Paradowscy, jak wielu warszawiaków, zdecydowali się na wyjazd na Wybrzeże.
- Tata sprowadził się na Wajdeloty 11, ponieważ przed wojną działała tu piekarnia – opowiada Andrzej Paradowski. – Dostał na ten lokal przydział z Ministerstwa Aprowizacji. Rodzice zamieszkali w tej samej kamienicy piętro wyżej.
Zakład, opuszczony, zdewastowany, trzeba było najpierw gruntowanie posprzątać i przygotować do produkcji. Początkowo Stefan Paradowski – na zlecenie władz - piekł wyłącznie chleb na potrzeby wojska i mieszkańców, bo takie było zapotrzebowanie. Dostawał deputaty - mąkę i inne niezbędne do wypieku produkty. Jako jeden z niewielu ówcześnie wykształconych cukierników – miał papiery, wiedzę i umiejętności - tworzył podwaliny organizacji rzemieślniczej w Gdańsku.
Był i zakład fryzjerski
Po kilku latach pan Stefan mógł zająć się pieczeniem pieczywa słodkiego i ciast, zgodnie z wyuczonym zawodem i upodobaniem.
Andrzej Paradowski, absolwent Budownictwa Lądowego Politechniki Gdańskiej, równolegle ze studiami zdobywał umiejętności rzemieślnicze.
- Nigdy nie miałem szansy popracować w zawodzie inżyniera, już w szkole pomagałem tacie w zakładzie – kontynuuje Andrzej Paradowski. – W cukiernictwie wyrastałem, nie zadawałem sobie pytania, czy to lubię, czy nie, wykonywanie tej pracy było i jest dla mnie czymś naturalnym.
Pracował u ojca jako uczeń, czeladni, współpracownik. W 1984 roku ojciec, przechodząc na emeryturę, przekazał zakład Andrzejowi.
Wacław Paradowski, brat Stefana, po drugiej stronie ulicy Wajdeloty, w lokalu, w którym przyjmuje obecnie notariusz, w kwietniu 1945 roku założył zakład fryzjerski. Zamieszkał z żoną, Kazimierą, również z zawodu fryzjerką w tejże kamienicy nad zakładem. Strzygło się u nich i czesało wiele okolicznych pań. Zajmowali się wykonywaniem peruk, oczywiście z włosów naturalnych, dla klientów prywatnych i na zamówienie ówczesnej Państwowej Opery i Filharmonii Bałtyckiej. Niestety, Wacław przedwcześnie zmarł na zapalenie płuc, jest pochowany na cmentarzu w Oliwie. Żona, Kazimiera, ciocia Andrzeja, jest na emeryturze. Trójka ich dzieci rozjechała się po świecie – do Stanów Zjednoczonych, Australii i Szwecji.
Katarzyna Korczak
Na fotografii: Andrzej Paradowski, fot. Marek Zarzecki
Wrzeszcz ze smakiem
Restauracje, kawiarnie, cukiernie, sklepy, kioski, bary... 1945–1989
Gdyby zaraz po wojnie usadzić przy jednym stole wszystkich Wrzeszczan, a każdy miałby na nim postawić ulubione potrawy – cóż to byłyby za różnorodności!
Do domu mojego dzieciństwa przy Lilli Wenedy dziadkowie wnieśli kuchnię warszawską, ojciec kresową. Omlety i zupa „nic” konkurowały z blinami i dranikami, grzybki marynowane po warszawsku z solonymi wileńskimi. Jedyna książka kucharska w domu była poniemiecka, tak jak i biało – niebieskie naczynia z napisami Reis, Salz, Nelken. W spiżarni stały puszki po amerykańskich darach UNRRA – margarynie i maśle orzechowym. Od Kaszubów na rynku kupowało się dorsze i flądry.
Smaki i zapachy Wrzeszcza
Jak każdy, mam w pamięci ulubione smaki, zapachy, obrazy. Gorący chleb łęczycki z piekarni przy Chrobrego. Plastry twardej marmolady krojone z wielkiego bloku w sklepie spożywczym, zwanym spółdzielnią, przy Marksa (przedtem Roosvelta, teraz Hallera), tam też Płynny Owoc, łom herbatnikowy, galaretkę w paski, cukierki raczki. Budkę „prywaciarską” pani Juszczakowej na rogu Lilli Wenedy, gdzie można było dostać ćwiartki wiejskich kur, gęstą śmietanę, a nade wszystko zabronione w domu, ukochane przez dzieci „farbowane świństwa” – oranżadę w proszku, landrynki, cukierki groszki w szklanych laskach, czerwone lizaki, bomby czekoladowe w celofanie, pierniki z naklejonymi papierowymi twarzami Mikołajów (kicz niezaprzeczalny, ale jak kolorowe na tle ogólnej szarzyzny!). Tamże makagigi, ciągutki, krówki mordoklejki, potem syfony „na wymianę”, jeszcze później – na naboje.
Restauracje, kawiarnie, cukiernie, bary, budki z piwem, delikatesy i night club Akwarium
Powiew wielkiego świata lat 50., czyli ulicę Grunwaldzką i Delikatesy – miejsce, gdzie wypadało bywać i – wdychając egzotyczny w siermiężnych czasach zapach kawy pomieszanej z czekoladą, a czasem nawet z cytrusami – postać w eleganckiej kolejce po Kocie Języczki i kabanosy. Niedaleko restauracje, Pod Kominkiem, później Cristal z węgierską muzyką i Newska. Kawiarnia Morska gdzie jedynymi ciastkami były wuzetka i szarlotka z bitą śmietaną, za to zawsze ktoś grał na pianinie.
Pierwszy night club Akwarium, miejsce spotkań mewek i cinkciarzy, w opinii nauczycieli siedlisko rozpusty i z tego powodu patrolowany regularnie przez „trójki klasowe”. Znane z męskich opowieści bary gastronomiczne, czyli mordownie, Złoty Róg przy Chrobrego, bar Agata przy Grunwaldzkiej, z obowiązkową lornetą i meduzą. Legendarna pijalnia na Lendziona („jak cię w domu gnębi żona, idź na piwo na Lendziona”). Piwo u Jurka przy Danusi, Katolik przy Hibnera. Saturatory z „gruźliczanką” koło PDTu. Lody Mewa na patyku od lodziarza w kinie Zetempowiec. Lodziarnia Papugi i Eskimos obok rynku, do której dziadek wędrował z termosem z okazji świąt rodzinnych. Potem lody Calipso, sprzedawane już (nowość!) w sklepach. Najlepsze ciastka murzynki z cukierni Frąckowiaka przy Zbyszka z Bogdańca i pączki od Paradowskiego. Pierwsza maszyna do rurek z bitą śmietaną sprowadzona z Warszawy przez panią Fechnerową z cukierni Roma. Zasłużone bary mleczne, Jutrzenka, Syrena i Akademicki, gdzie w epoce osiągnięć Gierka można było wypić szampan mleczny, mętny płyn na bazie serwatki.
Pierwsze mrożonki z Bułgarii w największym sklepie warzywniczym przy Dworcowej /Marchlewskiego/ Dmowskiego. Sklep komercyjny przy Grunwaldzkiej, wielogodzinne kolejki przy Klonowej po soczek Bobofruit i Bebiko, wydawane na książeczkę zdrowia dziecka. I tak dalej, dalej...
Ilu ludzi, tyle historii kulinarnych. Wszystkie są warte przypomnienia – bo nic nie łączy ludzi tak, jak stół.
Ksenia Bagniewska
brak opinii - dodaj swoją opinię!