Przy ul. Grunwaldzkiej 103 w oszklonym gmachu koło byłego PDTu i Cristalu mieści się Bank PKO. W latach 1980-81 działała tu „NSZZ Solidarność”. Związek przejął kilka pięter po robotniczym hotelu „Morskim” Stoczni im. Lenina. Tłumy gdańszczan zbierały się pod oknem, z którego wyłaniał się Lech Wałęsa i ogłaszał najnowsze związkowe wiadomości. Witano go z wielkim entuzjazmem, ważne było każde powiedziane przez niego słowo. W piwnicach gmachu funkcjonował Klub Ster, matecznik Związku Młodzieży Socjalistycznej w Stoczni. Tu grywały młode zespoły (m.in. KOMBI), odbywały się regularne potańcówki.
Nowy właściciel budynku, Bank PKO dokonał w latach 90-tych generalnej przebudowy, bezpowrotnie usuwając elementy przypominające ducha miejsca. Czyżby nasza stoczniowa, robotnicza i solidarnościowa pamięć nie miała wartości?
Portal Wrzeszcz.info.pl proponuje upamiętnić genius loci siedziby „pierwszej Solidarności” we Wrzeszczu.
Zapytaliśmy świadków i bohaterów tamtych wydarzeń, czy włączyliby się do akcji i jakie proponują działania. Przy okazji spisaliśmy kilka wspomnień i opowieści.
A co sądzą nasi Czytelnicy?
- Najpierw przez dwa tygodnie mieliśmy siedzibę NSZZ„Solidarność” przy ul. Juliana Marchlewskiego 13 we Wrzeszczu (obecnie Romana Dmowskiego) - wspomina Jerzy Borowczak, były wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność” Stoczni Gdańskiej im. Lenina. – Ale tam były za małe pomieszczenia i na prośbę Lecha Wałęsy dyrektor Stoczni Gdańskiej im. Lenina, Klemens Gniech, przekazał nam stoczniowy hotel robotniczy „Morski” wraz z klubem „Ster” przy ul. Grunwaldzkiej 103. Wszyscy lokatorzy zostali rozlokowani do dwóch pozostałych hoteli robotniczych – przy ul. Klonowicza i przy ul. Tuwima we Wrzeszczu.
- Zajęliśmy trzecie piętro byłego hotelu przy ul. Grunwaldzkiej 103, w pomieszczeniach po klubie „Ster” zrobiliśmy drukarnię – kontynuuje Jerzy Borowczak. – Mieliśmy tam biura Komisji Krajowej i Komisji Regionu NSZZ „Solidarność”. Lech Wałęsą był w biurze w szczycie od ulicy. Mówił przez okno do ludzi przez tubę albo przez mikrofon. Urzędowaliśmy tam od końca września 1980 roku do stanu wojennego, a więc do 13 grudnia 1981 roku. Jeszcze w stanie wojennym był tam likwidator majątku związkowego i komisarz, który ludziom płacił przez trzy miesiące pensje bez prawa przychodzenia do pracy.
- Jestem jak najbardziej za upamiętnieniem gmachu, w którym działała krajowa i regionalna „Solidarność” – powiedział Jerzy Borowczak. – Warto również zastanowić się nad umieszczeniem na tablicy nazwisk członków Komitetu Strajkowego, który był Komitetem Założycielskim „Solidarności”.
- W klubie „Ster” co sobotę pracownicy poszczególnych wydziałów Stoczni Gdańskiej im. Lenina mieli potańcówki, przychodzili ze swoimi narzeczonymi, rodzinami – dodaje Jerzy Borowczak. – Sam tam także chodziłem i dobrze się bawiłem.
- Klub Ster służył wyłącznie stoczniowemu Związkowi Młodzieży Socjalistycznej - powiedział Zbigniew Szczczypiński, były kierownik Działu Analiz Społecznych i Humanizacji pracy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. – To ich było gniazdo, matecznik. Tam się działy różne rzeczy od pijaństwa po dyskoteki i zabawy. Z perspektywy wydaje mi się, że w „Sterze” żadna kulturotwórcza praca nie była realizowana chyba, że ktoś uzna, że zwykła zabawa taneczna jest działalnością kulturalną. Największą zasługą klubu „Ster” było to, że oddał swoja siedzibę na użytek NSZZ „Solidarność”. To jest historyczny wkład Klubu „Ster” w proces przemian w Polsce”. To można by upamiętnić.
- W 1981 roku byłam zatrudniona w Biurze Tłumaczy Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność” jako tłumacz - wspomina Anna Maria Mydlarska, reżyserka filmów dokumentalnych, członek Stowarzyszenia Filmowców Polskich. - Pracowałam jednocześnie jako dziennikarz i korektor w piśmie „Solidarność”, którego redaktorem naczelnym był Mariusz Wilk. Pismo wywodziło się ze strajkowych biuletynów wydawanych w Stoczni Gdańskiej. Redakcja była w siedzibie NSZZ „Solidarność” w byłym Hotelu „Morskim”, który teraz jest siedzibą Banku PKO. W tej gazecie było nas tylko cztery osoby. Przyszłam do Solidarności już po strajku w 1980 roku. Byłam bardzo smarkata, funkcjonowałam jako najmłodszy tłumacz na I Zjeździe Solidarności w Olivii. Miałam pół etatu związkowego. Na drugiej połówce etatu pracowałam – jako kierownik literacki - w Teatrze „Miniatura” we Wrzeszczu. To było bardzo wygodne. Kończyłam jedne zajęcia i szłam piechotą na drugie. W tym czasie – w nocy - robiłam też korektę pisma redagowanego przez Mariusza Wilka. Dwa razy w tygodniu jechałam do pracy na godzinę dwudziestą czwartą. Kładłam dzieci spać i przyjeżdżałam ostatnią kolejką. Od przystanku do siedziby daleko nie miałam. Gdy szłam - za każdym razem - mrugał ktoś na mnie światłami z samochodu na parkingu. Spokojnie to odbierałam, lekceważyłam po prostu, sądząc, że ktoś w ten sposób usiłuje mnie poderwać. I wędrowałam spokojnie do pracy. Jak mi potem powiedziano, prawdopodobnie – miało to być zastraszanie przez SB. Nie wzięli pod uwagę, że mogę ich działania zupełnie błędnie i naiwnie zinterpretować.
- To była niezwykle intensywna praca – kontynuuje Anna Maria Mydlarska. – Byliśmy wszyscy bardzo zmęczeni. Trwały przygotowania do pierwszego oficjalnego zjazdu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” latem 1981 roku, poprzedzającego Zjazd Krajowy. Mieli być wybrani delegaci Regionu Gdańskiego na Zjazd Krajowy. Członkowie naszej redakcji stanowili jednocześnie Biuro Prasowe Zjazdu. Przyjmowaliśmy dziennikarzy zagranicznych. Kierowałam recepcją zagraniczną. Władałam dobrze angielskim i rosyjskim, porozumiewałam się po francusku. Wtedy wydawało mi się, że mogę w każdym języku się porozumieć.
- Byłam na posiedzeniu Komisji Krajowej Solidarności 13 grudnia 1981 roku do samego końca, po prostu pracowałam – relacjonuje Anna Maria Mydlarska. - W momencie, kiedy skończyły się obrady odwieziono mnie jakąś nyską, która jechała do Gdyni, do domu. Powinniśmy wówczas zauważyć na ulicy pewne rzeczy – ale byliśmy zmęczeni. Położyliśmy się spać. Milczał telefon, milczał telewizor. Nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Mój mąż, Jacek wyszedł na ulicę i dowiedział się od ludzi, co się dzieje. Dopiero w południe wyruszyliśmy we dwójkę do miasta. Pojechaliśmy do Wrzeszcza do siedziby związku przy ul. Grunwaldzkiej 103, gdzie pracowałam. Wokół stało ZOMO, nie można było wejść. Było już po spacyfikowaniu. Widzieliśmy dogasające ognisko na balkonie. Podobno księgowa „Solidarności” paliła w nim jakieś dokumenty, ale może to tylko plotka. Siedziba związku była bardzo zniszczona.
- Ponieważ związek Solidarność został zawieszony, a później zdelegalizowany, na początku 1982 roku ja i moje koleżanki tłumaczki dostałyśmy wypowiedzenia – wspomina Anna. - Postanowiłyśmy walczyć w Sądzie Pracy. Były wśród nas Teresa Zabrza i Kasia Kietlińska, która już wtedy przymierzała się do wyjazdu z Polski na stałe. W wypowiedzeniach od syndyka – likwidatora NSZZ „Solidarność” była motywacja, że ponieważ mamy niepełne etaty, muszą nas zwolnić. Ale były jeszcze odnośniki do przepisów stanu wojennego.
- Poszłam do Sądu Pracy z ręcznikiem i szczoteczką do zębów, bo jednak obawy były spore – wspomina Anna Mydlarska. – To się gdzieś w Gdańsku odbywało. Przebieg rozprawy okazał się dość humorystyczny. Była tylko pani sędzina i protokolantka.. Zaczęłam podniośle mówić, że zatrudniał mnie sam Lech Wałęsa. Że jego podpis był na dokumencie i tylko on może mnie zwolnić, a nie syndyk. A pani sędzia wprost huknęła „Co pani mi tu za głupoty opowiada, przecież pani doskonale wie, że musieliśmy was zwolnić!”. Rozbiła moje przygotowane – patetyczne - wystąpienie. Mówiła „my”, czyli brała w tym czynny udział. Krótko mówiąc, nie udało się nam przeprowadzić zamierzonych demonstracji na sali sądowej. Nie było tam zresztą żadnej „sali sądowej”, był pokoik, rozmowa niemal w cztery oczy, była tylko protokolantka, zero praworządności, trudno nazwać to rozprawą. Miejsce do zamanifestowania sprzeciwu było wyłącznie na ulicy.
Wspomnienia zebrała Katarzyna Korczak